wtorek, 25 lipca 2017

pewnie wiecie jak to jest...

Najpierw budowa, potem wykończeniówka, potem urządzanie. Nie każdy wszystko musi robić sam, czasem coś za nas robią ekipy (po których często zostają poszarpane nerwy ;)), ale prawie zawsze jest tak, że coś pozostaje nieskończone w momencie przeprowadzki do wymarzonego i wyczekiwanego lokum. Nie inaczej było u nas, przy czym jak wiecie wykończenie i urządzanie zrobiliśmy sami (i co ważne do zaznaczenia - zanim pojawiły się dzieci).
Jakoś tak się stało, że ostatnio przechadzając się po domu, wynotowałam sobie w głowie wszystkie zaległe "niedoróbki" i wyszło tego całkiem sporo :)
Na codzień ich nie dostrzegamy, ale spoglądając krytycznym okiem muszę stwierdzić, że może do końca roku się z nimi uporamy :) A oto przykład. Moja wymarzona garderoba, której drzwi do niedawna były tylko "zaczęte" a nie pomalowane, co właśnie się zmienia, a jak zmieni, to może pokażę Wam co nieco więcej środka. 
...A jak będą zainteresowani, to może nawet napiszę o moim podejściu do kupowania ubrań i zaletach pinteresta ;)

Pozdrawiam Was ciepło! Miłych wakacji, gdziekolwiek jesteście :)





wtorek, 18 lipca 2017

Jeszcze skończy się na tym, że będzie tylko o kosmetykach ;)

Tytuł jest oczywiście żartem, lubię kosmetyki jak każda chyba kobieta, ale bez przesady. Nie jestem jedną z tych, które potrafią wydać 1/4 wypłaty na krem, choć zdarza mi się zainwestować w coś z nieco wyższej półki. Jednak dziś nie o tym.
Dziś taka mała przestroga dla innych, bo ja, naiwna, dałam się trochę złapać.
Jak wiecie sporo jest kosmetykowych blogów, vlogów dziewczyn, które recenzują, zachęcają lub odradzają produkty czy to makijażowe, czy pielęgnacyjne. Kiedy byłam w ciąży z Kosmą, dałam się wkręcić na chwilę w ten świat i jako oglądacz, śledziłam nowinki, zachwycałam się filmikami na YT, w końcu postanowiłam „zacząć o siebie dbać” i „pozwalać sobie na odrobinę luksusu” bo „byłam tego warta”. 
Ale czy kosmetyki były warte swojej ceny? I tu właśnie przechodzimy do meritum. Nie dajcie się zwieść pięknym kadrom, zachwytom i opiniom, niestety nie zawsze szczerym.
Większość produktów które zachwalają blogerki, youtuberki to produkty wysyłane im w ramach współpracy przez koncerny. Dostają je za darmo i… mają zachwalać. Wiem teraz, ale kilka lat temu nie wiedziałam… Wiecie, że jestem raczej oszczędna, nie lubię marnotrawić, ale i mnie poniosło. Kupiłam kilka rzeczy (np. bronzer czy paletę cieni), które z dzisiejszej perspektywy uważam za drogi zbytek, a po latach wiem, że z powodzeniem można podobną jakość spotkać w niższej cenie.
Na szczęście z biegiem czasu zgromadziłam całkiem solidną bazę produktów, które są w miarę tanie, za to szyte na moje potrzeby w 99% i z tego się cieszę. Sporo czasu mi to zajęło, to fakt, ale cieszy mnie to, że sama do tego doszłam (metodą prób i błędów) i dziś filmy czy posty, traktuję z przymrużeniem oka, czego i Wam ośmielam się życzyć :)

Tym krótkim postem żegnam się dziś z Wami i życzę pięknego dnia!

PS. A jeśli będziecie chciały poznać moją w bazę kosmetyczno-pielęgnacyjną która mnie nie zawiodła – dajcie znać w komentarzach.




czwartek, 13 lipca 2017

tarasowy

Nie wierzę, znowu piszę posta! Tym razem świeże, jeszcze gorące zdjęcia i kilka szybkich zdań póki Iwek śpi :)
Taras! Robimy taras! Stare deski (pięcioletnie, drewniane i niestety jak się okazało bardzo kiepskie) wymieniliśmy na konglomerat w kolorze grafitowym. Dechy są drogie, ale myślę, że będą sprawowały się lepiej niż modrzewiowe. Niestety odpuściłam z drewnem, ilość wbitych w stopy drzazg, zaciągniętych skarpetek i rajstop mnie dobiła. 
Taras wymieniamy i kończymy zarazem, a tutaj mała zajawka tego co już jest. 
Miłego wieczoru!

ps. Widać trochę kolor ścian, z którego jestem bardzo zadowolona, a poza tym, polecam poziomki do uprawy w pojemnikach :) Wysiewa się w lutym/marcu a w lipcu można cieszyć się owocami :)




wtorek, 11 lipca 2017

wałek rocznicowy

Wychodzi na to, że chyba się rozkręcam i jeszcze będziecie mieli/miały mnie dość :)
Oto kolejny post, znowu o pieczeniu :)

Tak się składa, że w tym roku mieliśmy z Marcinem dziesiątą rocznicę ślubu. Dostałam oczywiście prezent, ale nie byle jaki, bo okazał się nim drewniany wałek! Nie wiem, może ten prezent ma jakieś ukryte dno, w sumie nie zastanawiałam się nad tym, ale o takim marzyłam od dawna. Jest drogi, bo kosztuje w sprzedaży ok 120 zł, Marcin kupił go jednak okazyjnie (z tego co widziałam za 70zł) w jednym z tzw. klubów zakupowych (ale reklamy robić nie będę :). 
Powiem Wam szczerze, jest to gadżet bez którego można się obejść, ale odkąd piekę z nim, moje ciasteczka są takie idealne! Nie wiem jak Wy, ale ja jestem jedną z tych osób, co po milimetrze przesuwają wazonik na komodzie, żeby był we właściwym miejscu, a w zeszycie w kratkę obrysowują kwadraciki kiedy się nudzą (tak, to może już choroba psychiczna, nie wiem). 
Tak już mam, kocham ustawiać i równo wałkować, a ten wałek mi to umożliwia! 

Zasada działania jest banalna i przyznam, że miałam nawet podejście do zrobienia czegoś podobnego, ale się poddałam z braku czasu. Dostępnych jest kilka grubości wałkowania, tj. 2,4,6,i 10 mm, w zależności od tego co robimy (makaron, ciasteczka, ciasto francuskie etc.). Żeby zmienić grubość po prostu odkręca się plastikową śrubkę z nakrętkami, i przekłada kółka.

A oto i on w pełnej krasie! Prawda, że piękny? Nawet kolorki mi pasują :)
Właśnie piekę z nim ciasteczka serowe (dajcie znać, jeśli chcecie przepis, jest banalny) i dlatego postanowiłam się z Wami nim podzielić.

Miłego dnia!

ps. w dziale "wystawka" pojawiło się kilka nowych rzeczy; zaglądajcie jeśli macie ochotę. 
Zmieniłam też szablon bloga, mam mieszane uczucia i aktualnie brak czasu żeby to odkręcić :) Póki co może tak zostanie, podoba się Wam?








niedziela, 9 lipca 2017

gdzie jest ciasto?

Ciągle jeszcze zastanawiam się nad dalszym losem tego bloga, choć po pięciu komentarzach (za które bardzo dziękuję bo niesamowicie mnie dowartościowały) skłaniam się raczej ku temu, żeby jednak nie przestawać pisać.
Kto wie, może mogłoby to być coś na kształt pamiętnika naszej rodziny, dla przyszłych pokoleń? ;) [pamiętacie jeszcze coś takiego jak pamiętniki? Ja zapisałam od 1991 roku chyba szesnaście zeszytów, to były czasy!].
Przygotowuję jeszcze post na temat elewacji, bo (hurra) jakieś cztery tygodnie temu, została w końcu pomalowana, co mnie niezmiernie cieszy, bo wreszcie zrobimy taras! Mam już kilka zdjęć, ale chyba pójdą do poprawki, o tym jednak za jakiś czas.
Dziś, żeby nie być gołosłowną, podam Wam super szybki i prosty przepis na ciasto, które jest przepyszne i pochodzi z książki o której pisałam wcześniej. Ciasto jest bardzo maślane, zrobiłam je już chyba z dziesięć razy, za każdym wychodzi idealne. Zaryzykuję, że upiecze je rozgarnięty trzylatek, z niewielką pomocą mamy :)

A co nam do niego potrzeba?

300 g mąki
250 g brązowego cukru (daję zwykły)
80 g rozpuszczonego masła
(przestudzonego)
4 duże jajka
skórka otarta z 1 cytryny (pomijam)
1 łyżeczka proszku do pieczenia
garść lub dwie owoców 
(malin, jagód, porzeczek, śliwek itd.)


Jajka ucieram z cukrem (tak ok 5-7 minut, na najwyższych obrotach miksera), potem dodaję ostudzone masło, mąkę z proszkiem, delikatnie mieszam, wykładam na formę o średnicy 26 cm, posypuję owocami, i gotowe! Tak, prościej się chyba nie da :) Piekę ok godziny, w temperaturze 170 stopni (do suchego patyczka). Zróbcie to ciasto, jeśli nigdy nie piekłyście a gwarantuję, że Was zachwyci prostotą wykonania i smaku na najwyższym, maślanym poziomie :)

ps. ciasto ma jedną, jedyną wadę... znika za szybko :)
pozdrowienia!!!














Popularne posty