środa, 25 października 2017

dla każdego coś miłego czyli inspiracje października

Kończy się nam całkiem ładny październik, a więc bez ogródek, zaczynamy INSPIRACJE.
Dziś coś dla oka i ducha, a także coś na długie wieczory. ZACZYNAMY!

nowy wzór zawieszek mojego autorstwa, czy widać, że to misie, a nie jak twierdzi Marcin psy? :) 

*****Kto jeszcze nie zna tego miejsca, choć wątpię żeby mogło tak być, niech zajrzy koniecznie. Mieszkanie które zachwyca w każdym calu (a ostatnio także domek - weranda na działce), na blogu:  mylittlewhitehome
Doskonała baza, potężna dawka inspiracji, udowodnienie, że można stworzyć wyjątkową przestrzeń na powierzchni 53m kw no i te zawsze świeże kwiaty w wazonie - ja odpływam!

*****Wraz z nadchodzącą powoli zimą, postanowiłam poszerzyć moją wiedzę (która jest prawie żadna) nt ptaków. W sieci znalazłam atlas ptaków z przepięknymi zdjęciami, jeśli macie chwilę, koniecznie zajrzyjcie :) W końcu będzie wiadomo kogo się dokarmia słonecznikiem ;)



****Jak ze zwykłych otoczaków, z pomocą zielonej farby i dodatków wyczarować wiecznie zielone sukulenty a przy okazji zająć czymś na chwilę małe, wszędobylskie rączki? A no właśnie TAK
Myślę, że to naprawdę świetna ozdoba i na pewno zrobię sobie dwie donice do pracowni :)

***W temacie handmade jeszcze zostajemy. Jeśli lubicie pomagać a przy okazji jeszcze na tym zyskać coś fajnego, to popatrzcie na skrzaty HELPIKI szyte przez seniorów. Ja już upatrzyłam sobie tego w jasnoniebieskiej czapce, gdyby babcie uszyły jeszcze coś w szarości... :) Super pomysł na nadchodzące święta :)



**Ostatnio bywało u mnie różnie z emocjami. Brak snu, zmęczenie, spadki nastrojów bardzo dają mi się we znaki. Nigdy nie uwierzyłabym że to działa, gdybym nie spróbowała TYCH AFIRMACJI
Polecam każdemu (jest też wersja dla mężczyzn). Działa!

*Jeśli afirmacje nie pomogą, to awaryjnie i w ostateczności proponuję Wam niezawodny sposób, czyli "spróbuj się nie roześmiać" 

Na tym koniec październikowych inspiracji, mam nadzieję, że coś Wam się spodoba. Jeśli macie do dodania Wasze odkrycia, koniecznie to zróbcie, jestem ciekawa :)

Pozdrowienia!


poniedziałek, 16 października 2017

zmiętolona ;)

Poprawcie mnie jeśli się mylę, ale wydaje mi się, że mięta dawno już nie jest na piedestale najmodniejszych kolorów we wnętrzach? Co ja na to poradzę, że mnie, szał na miętę dopiero zaczął ogarniać? I to do tego stopnia, że seledyn jest już wszędzie... Oczywiście nieco przesadzam, ale nie skłamię pisząc, że obecnie biel, mięta, a potem odrobina naturalnego drewna i szczypta złota to teraz kolory w naszej jadalni.
Zaczęło się od kubka, którego już widzieliście, w biało miętowe paski ze złotym serduszkiem, a potem już samo się potoczyło. Po jednym kubku, w domu pojawił się drugi (pierwszy kupiłam sobie sama, drugi dostałam "do pary" od mamy) a potem jeszcze cztery do kompletu :) 
Dodatkowo z tej samej serii kupiłam podkładki na stół o tym samym wzorze. Potem pomyślałam, że trzebaby uszyć nową, pasującą girlandę, więc uszyłam i tak mi się spodobało, że się pochwalę.






A tak prezentuje się mniej więcej całość. Ja się cieszę, bo to połączenie kolorów jest spokojne, takie jesienne, ale mimo to lekko orzeźwiające. Polecam z czystym sumieniem! 







Nie wiem jak mogłam nie lubić tego koloru :) Pamiętam, stare, miętowe kafelki w naszej łazience sprzed trzydziestu ponad lat, które strasznie mnie denerwowały. Przysięgłam sobie wtedy, że tego kolor nie znoszę i nigdy nie będę lubić, a tu proszę - taka zmiana :)

Miłego poniedziałku!



niedziela, 1 października 2017

2 kamyk do ogródka (wielki mały ogród)

Dziś postanowiłem zacząć od początku, czyli od projektu naszego ogródka, którego de facto nigdy nie było. Na samym początku była oczywiście działka (ok. 18m x 38m), a na niej dwa krzaki aronii, które rosną sobie do dziś. Wymiary działki zdeterminowały rozmiary i typ domu, nie chcieliśmy, żeby zajął większość działki i zdecydowaliśmy się na lekko zmodyfikowany (raczej kosmetyka dotycząca zewnętrznego wyglądu) projekt "Południowa" o powierzchni zabudowy 10m x 12m. Usytuowany jest w ten sposób, ze od strony północnej mamy do zagospodarowania pas 18m x 8m (obecnie mamy tu poletko z borówkami amerykańskimi, dwie gruszki, pigwę, kompostownik i pas trawy, a w planach wiatę z tarasem, na który wychodzić będzie się z sypialni na piętrze), od strony wschodniej pas 4m x 12m (obecnie trawa i maliny), od strony zachodniej również 4m x 12m (wejście, podjazd do garażu, kamienie i iglaki), a od strony południowej wspomniany ogród o wymiarach 18m x 18m. Niby niewiele - gdy rosła tu tylko trawa, wydawało mi się, że to zbyt mało, żeby zrobić tu coś fajnego, po latach jestem zdania, że to wystarczająco dużo, pod warunkiem, że nie ograniczymy się do trawnika otoczonego tujami, których nienawidzę.

Gdy skończyliśmy budowę (rok 2011), odkryliśmy frajdę w urządzaniu tego skrawka ziemi. Sadziliśmy na potęgę i z tych pierwszych nasadzeń ostały się w zasadzie chyba tylko dwie sosny (nr 4 i 9 na załączonej mapce), piękne okazy (niestety nie wiem, co to za odmiana), z których od jakichś 6-7 lat formuję coś w rodzaju ogrodowych bonzai (nie lubię za bardzo zwykłych, prostych drzew, podobają mi się krzywe o ciekawej koronie, w związku z czym formuję przy pomocy sznurków i sekatora prawie wszystko, co zasadziłem). Pisałem już, co sadzę o tujach - sadźcie iglaki, których jest teraz mnóstwo odmian i rodzai. To nieprawda, że wolno rosną. Jak się ukorzenią, to roczne przyrosty rzędu 30-40, a nawet 50 cm to norma (nie dotyczy wolnorosnacych odmian, jak niektóre sosny górskie czy karłowate). Wracając jednak do głównego wątku - na początku wizja ogrodu była mglista, choć od początku wiedziałem, gdzie ma być oczko wodne (nie ma go do dziś, po pojawieniu się dzieci projekt został wstrzymany i teraz jest dziurą, w której Kosma ma gigantyczną piaskownicę z poligonem doświadczalnym i małym ogródkiem z truskawkami), dość szybko pojawiła się też sucha rzeczka, która jest bardzo praktyczna - odprowadzamy do niej wodę z zachodniej połaci dachu. Rzeczka zostanie ostatecznie wykończona w przyszłym roku - przez wzmocnienie brzegów i wyłożenie kamieniami. Oprócz tych dwóch elementów były jeszcze dwie aronie i to w zasadzie wszystko. Ogród cały czas wydawał się mały, ale rósł z pojawieniem się każdego nowego elementu. Każda rabata, każde drzewo i krzew tworzyły w nim kolejny plan, przez co wydawał się coraz większy i większy. To jest własnie sposób na mały ogród - jak najmniej trawy, jak najwięcej wszystkiego innego. Raz, że wydaje się znacznie większy, niż jest, dwa, że nigdy się nie nudzi.
Obecnie wygląda to tak (na rysunku starałem sie oddać rzeczywiste obecne wymiary koron drzew i krzewów, pominąłem pnącza i rośliny kryjące typu barwinek, brązowe tło oznacza miejsce wyłożone korą).


1. Aronia.
2. Sosna czarna.
3. Berberys.
4. Sosna (odmiana nieznana, dość pokręcona, obecnie ok. 3m wysokości).
5. Jabłoń ozdobna "Ola".
6. Poletko z lawendą.
7. Lilak.
8. Rokitniki (w tym jeden owocujący).
9. Sosna (odmiana nieznana, bonzai o aktualnej wysokości 2,5 m).
10. Cis (odmiana, która zimą robi się żółta).
11. Jabłoń (niestety nie znam odmiany, ale bardzo smaczna).
12. Róże pnące.
13. Brzoza typ "pendula. Ta na środku dość wysoka - ma utworzyć parasol, pod którym będzie można się schować w upalny dzień).
14. Dereń (odmiana czerwona zimą).
15. Pigwowce japońskie (dobre na nalewki).
16. Pęcherznica (odmiana żółta i zielona).
17. Wrzosy.
18. Bukszpan.
19. Tawuła (różne odmiany, tu raczej mniejsze).
20. Poletko z różami.
21. Rozplenica japońska (dość duża).
22. Piaszczyste poletko z różnego rodzaju trawami odobnymi (głównie niebieskawe i brązowe, które tu rozmnażam).
23. Pigwa (nasza, polska, żadna tam japońska).
24. Leszczyna.
25. Jaśminowiec (nie pamiętam, jakiej odmiany).
26. Poletko z różnymi cebulkami (nowość, zobaczymy wczesną wiosną, co z tego będzie).
27. Klon (szczepiony na pniu, typu parasol).
28. Jałowiec.
29. Fajna bylina (nie pamietam nazwy, rośnie do ok. 1,5 m i ma fantastyczne fioletowe kwiatki).
30. Jodła kaukaska (zimą pełni rolę choinki).
31. Tawuła brzozolistna - jeden z ładniejszych krzewów moim zdaniem.
32. Jagoda kamczacka (oprócz owoców - bardzo ładny krzew, najlepiej wygląda zimą).
33. Wiśnia.
34. Czereśnie (ta bliżej domu starsza, ma już ok. 5m, rosną bardzo szybko).
35. Kosodrzewina.
36. Pergola/pseudoaltanka z ciemnymi winogronami.
37. Maliny.
38. Glediczja - bardzo ciekawe drzewo, posadzone w tym roku (ma utworzyć parasol nad częścią tarasu).
39. Taras - otoczony częściowo skarpą, na której rosną różnego rodzaju iglaki, jałowce i trawy (brązowe). Część bardziej wysuniętą otaczają krzewy, które mają utowrzyć wokół niej coś w rodzaju żywopłotu. Jest tu też jedna nowinka - guzikowiec.
40. Kamienie, pośród których rośnie jałowiec i sosna rumeryjska.

Nie wymieniłem iglaków, które trzymam w duzych donicach (ich kształtowanie to jedna z moich szajb). Kolekcjonuję ciekawe okazy, niektóre sam wysiewam. Może to początek jakiejś szkółki..?

No dobra, a jak to - mniej więcej - wygląda w rzeczywistości?

Wczesną jesienią tak:






Za trawnik jeszcze się nie wziąłem - jest dziki, ale dobrze znosi susze (cienia w ogrodzie nie ma na razie zbyt wiele, choć systematycznie go przybywa) i jest go już stosunkowo niedużo.

W przyszłości napiszę może coś więcej o co ciekawszych roślinach, a tymczasem...


niedziela, 17 września 2017

wielki mały powrót na bloga, zmiany nie tylko wizualne, a przede wszystkim INSPIRACJE

Witajcie!
Jak już zauważyliście zmieniłam nieco wygląd bloga, po ostatniej nieudanej próbie chyba teraz w końcu wygląda tak, jak sobie wymarzyłam. Użyłam do tego darmowego szablonu Samantha 
Jeśli sami/same blogujecie koniecznie zajrzyjcie na tę stronę, jest tam kilka innych darmowych szablonów do pobrania i gadżetów na blogi - moim zdaniem warto.

Dziś pierwszy wpis z serii inspiracji. Z racji tego, że mam w domu bardzo absorbującego trzy i pół latka do tego siedmiomiesięcznego niemowlaka przy piersi, Marcina (jeszcze gorszego od naszych dwóch synów), dwa koty i firmę na głowie, nie mam zbyt wiele czasu na częste przebywanie w sieci, dlatego wizyty tutaj staram się wykorzystywać w sposób optymalny i na pewno nie dla "zabicia czasu". Raz na tydzień "wylogowuję się do życia" i nie ma mnie w wirtualnym świecie wcale- to też Wam polecam (pomaga mi w tym na pewno fakt, że komputer w domu mamy tylko jeden i ani ja, ani Marcin nie mamy w telefonach dostępu do internetu). 




Po co są inspiracje? Po to, by korzystanie z sieci było przydatne w polepszaniu życia a nie odcinaniu się od niego. Zwykle kiedy znajdowałam coś wartego uwagi zapisywałam to sobie na liście linków w notatniku, postanowiłam jednak kilka rzeczy Wam co jakiś czas "sprzedawać" bo uważam, że warto się zwyczajnie dzielić ciekawymi nowinkami, pomysłami i miejscami w sieci.

Jeśli coś z poniższej listy przypadnie Wam do gustu, okaże się przydatne lub chociaż wywoła uśmiech na twarzy - będę się z tego bardzo cieszyć, bo jak każdy lubię się czuć potrzebna i łechce to nieco moją próżność ;)

Ten przydługi wstęp już kończę, a teraz zapraszam do moich (subiektywnych) inspiracji września!

* na początek moje odkrycie roku czyli masaż Tanaka. Cudowny, relaksujący, odmładzający (podobno) rytuał, który można wykonać w domu samemu jeśli tylko wie się jak to zrobić.
Nie będę się na jego temat rozpisywać, bo więcej znajdziecie na tym FILMIE, oraz poczytacie TUTAJ. Polecam z czystym sumieniem, a jeśli będziecie mieli ochotę, opowiem kiedyś coś więcej od siebie.

** przepis na placuszki z dyni - niesamowicie łatwy i szybki w przygotowaniu, a przy tym tani, sycący i smakujący dzieciom obiad (bo można je też podać na słodko). Zrobiłam już trzy razy i zachodzę w głowę dlaczego tak późno go odkryłam (zwykle katowałam domowników dyniową zupą);
A tak w ogóle mądrzej i więcej o dyni, znajdziecie TUTAJ


*** na poprawę humoru i do pomocy przy pracy nad sobą, polecam kanał Pani Kasi Sawickiej
Pani Kasia jest mamą piątki (!) dzieci, odkryłam jej kanał dość niedawno. Jest niesamowicie energetyzującą i twardo stąpającą po ziemi osobą, a przy tym ma świetne poczucie humoru. Do słuchania i oglądania (bo przy tym jest piękną kobietą, naprawdę!);

**** jeśli już jesteśmy w temacie poprawy humoru, moja siostra zalewa mnie zdjęciami z nad polskiego morza (20 stopni i słońce), podczas gdy ja piszę tego posta przy zaświeconym świetle, w ciągu dnia, bo leje a za oknem stopni 12... Bez komentarza. Przygotowałam więc dla Was, na naszym kanale YT coś na rozgrzanie i poprawę humoru, jeśli u Was za oknem to samo. Trochę staroci, trochę nowości. Gwarantuję, że będzie lepiej, a jeśli macie chwilę, piszcie co można jeszcze dorzucić :)


***** ostatnia inspiracja, to raczej informacja, że właśnie ruszyła trzecia edycja programu którego jestem wielka fanką (choć z pieczeniem u mnie bywa różnie). Chodzi oczywiście o BAKE OFF - ALE CIACHO Warto poświęcić kilkadziesiąt minut czasu, by nasycić wzrok cudownymi wyrobami uczestników i wspaniałymi wnętrzami. Uwielbiam oglądać ten program, choć za każdym razem uświadamia mi coraz bardziej, jak bardzo potrzebuję cyfrowej wagi do kuchni, bo moja niestety nie odmierzy 6 gram, a tak dokładne i precyzyjne czasem bywają przepisy profesjonalistów... :)

To już wszystkie inspiracje dla Was. Piszcie, czy coś Wam się spodobało i lubicie z głową buszować po sieci. A tymczasem ostatnie zdjęcie okołokominkowe. Nasz starszy syn, trzylatek, uwielbia gotować. Wchodząc tydzień temu w niedzielę do salonu zastałam taki widok. 
Wyjaśnił mi, że właśnie piecze się ryba i nie wolno jej dotykać, bo jest bardzo gorąca... 

Ciepło Was pozdrawiam :)




piątek, 15 września 2017

1 kamyk do ogródka (miło mi, Marcin)

Postanowiłem wreszcie wprowadzić na ten piękny blog trochę bałaganu i chaosu. Nie wiem jeszcze, o czym będę pisał, ale plan jest taki, że o ogrodzie, tworzeniu czegoś z niczego i wszystkich pozostałych rzeczach. Co z tego wyjdzie, zobaczycie albo i nie zobaczycie sami.

Dziś skończyłem soundtrack do kończącego się lata, którym niechętnie się dzielę: 

Koniec lata / początek jesieni to początek walki z naturą, czyli kretem (albo karczownikiem – nigdy do końca nie wiadomo), który zaczyna robić zapasy na zimę. Teść sprzedał mi prawdopodobnie pierwszy skuteczny sposób na gada, tj. wędzone szproty. Nawtykałem wczoraj tego w kanały drążone przez kretokarczownika i ten na razie omija skażone miejsca z daleka. Kto miał do czynienia z tym zawodnikiem, ten wie, że jest to zawodnik klasy ciężkiej. Nie działa na niego ani presja psychiczna ani fizyczna (nie chcę wchodzić tu w być może drastyczne szczegóły), ale prawdopodobnie działa aromat wędzonego szprota. Jeśli znacie alternatywne metody – piszcie.

Plany na najbliższe wolne dni: mała grządka z kwiatami cebulowymi i – jako, że zimą brakuje mi kontaktu z ziemią i archaeplastida – mini ogródek w nieużywanym akwarium 72l.


A tymczasem…

https://www.youtube.com/watch?v=XofNbkTkuP8

PS. Takie coś wypatrzyłem przez okno dziś rano.





niedziela, 10 września 2017

więc chodź, pomaluj mój... dom!

Praca u nas wre i to na wielu frontach, tak by zrobić jak najwięcej do czasu, kiedy pojawią się pierwsze przymrozki. Postaram się na bieżąco pokazywać jak nam idzie, bo przypomina to trochę nasze pierwsze urządzanie :)
Dziś wpis w sumie optymistyczny, choć z dreszczykiem emocji w tle. Oglądając nasze ściany, stwierdziłam ostatnio, że (niestety) już pora na ich odmalowanie, bo biel przestała być bielą i gdzieniegdzie stała się szarością w kierunku do czerni. Śmiać mi się chce i płakać zarazem, no ale już patrzeć nie mogę na połączenie sufitu ze ścianami np salonie, więc coś w przyszłym roku trzeba będzie z tym zrobić. Nie wiem jak często malujecie/odświeżacie swoje ściany, nasze ściany są niemalowane już od lat chyba sześciu i tu dopisuję trzy kropki... :)

Niestety farba, którą malowaliśmy już została wycofana z produkcji (dowiedziałam się o tym niedawno) i pozostaje nam szukać czegoś innego. Rozglądając się powoli za farbami, porwałam kilka folderów różnych producentów farb i muszę przyznać, że jestem pod wrażeniem.
Nie, nie będzie kolorowo (choć czasem mnie korci rzucić coś innego na ścianę niż biel), będzie nadal biało.



To co rzuca się w oczy to taki ogólny trend rozbielonych, czasem przybrudzonych kolorów (Śnieżka, Beckers), ale to co jest najbardziej budujące zauważyłam w katalogu Tikkurila i Duluxa, firmy te bowiem wprowadziły bardzo ciekawe biele o różnych odcieniach.
Kto ma sporo bieli we wnętrzach wie, o czym piszę - trudno jest dobrać biel do stolarki, podłogi czy dodatków, jeśli wiele przedmiotów pochodzi z różnych firm (np. biel Ikea to taki ecru, co często stwarza kłopoty z dograniem reszty).




Czym kieruję się przy doborze białej farby na ścianę? Ważne są dla mnie:
1. kolor okien - to podstawa, tu nie może być efektu ich zażółcenia, dlatego farba na ścianie musi być zawsze złamaną bielą, nigdy tą "śnieżną";
2. kolor grzejników - które z czasem, pod wpływem temperatury lubią delikatnie żółknąć;
3. kolor stolarki, czyli parapetów, ale też ramek na obrazy, ram luster (żeby po pomalowaniu ściany nie wyglądały np na beżowe);
4. wreszcie kolor podłogi (jak wiecie mamy białą, ale z czasem też pociemniała i stała się śmietankowa);
5. kolor zasłon (u nas, są białe);
I jeszcze jedna uwaga, taki nasz trik który może się Wam przydać: sufit bez względu na wszystko maluję właśnie tą śnieżną, prawie niebieską bielą. Nie wiem jak to działa, ale właśnie ten odcień bieli najlepiej mu służy i ten najlepiej powiększa optycznie przestrzeń.

A więc w przyszłym roku, trzeba będzie zmierzyć się z malowaniem :) Nie powiem, że mnie to cieszy (sama praca, efekt już pewnie tak). Mój wybór jeszcze nie jest pewny, ale najbardziej przypadły mi do gustu odcienie Tikkurila, choć to chyba najdroższa opcja niestety. Cóż, wszystko przed nami. A Wy, czym malujecie Wasze białe wnętrza?

Miłej niedzieli :)


sobota, 2 września 2017

farba idealna

Jak zwykle pisze na szybko i po kolejnej nieprzespanej nocy, wybaczcie więc ewentualne błędy czy niejasności. Muszę się z Wami podzielić odkryciem, które mnie wręcz powaliło. 
Jakiś czas temu siostra pomalowała stary stół z Ikei razem z krzesłami na biało. Kiedy do niej pojechałam zobaczyć efekt, prawie padłam ze zdumienia. Poleciła mi farbę, nie wiem czy dostępną w hipermarketach budowlanych, bo ja kupiłam ją w małym sklepie z farbami, w małym mieście :) 

Kosztowała prawie 29 zł za puszkę, to sporo bo jest mooocno śmierdząca i nie rozpuszczalna w wodzie, ale jak ta farba kryje! Pytacie mnie często czym malowałam, a więc wcześniej używałam głównie farb akrylowych, tanich, dziś bardzo tego żałuję bo to co dostało się w moje ręce (a malowałam nią jak narazie stół z jadalni - ten sam, który miał turkusowy blat) przeszło moje najśmielsze oczekiwania, zdało test na wszystkie moje białe zachcianki. Jestem oczarowana, dlatego piszę. To na pewno będzie farba którą będziemy odnawiać biel naszego domu (stolarkę, podłogę etc. - do ścian się nie nadaje). 
Farba występuje w macie i połysku, ja wybrałam mat, ale uwaga: nakładałam ją wałkiem o strukturze gąbki (gdyby zastosować ten z "barankiem" wyszła by bardziej matowo, tak "kredowo", to takie moje spostrzeżenia). Na zdjęciu widzicie tylko 2 warstwy, będzie jeszcze trzecia ale w sumie nie byłaby specjalnie konieczna. Jak na krycie na kolor, a nie surowe drewno to dla mnie bomba. Nie wiem cz tę farbę znacie, ja w każdym razie mogę ją polecić z czystym sumieniem i nikt mi za to nie zapłacił :) Wiem za to jak czasem trzeba się "naszukać" czegoś dobrej jakości, dlatego Wam to "sprzedaję". 
Dla wszystkich fanów i fanek bieli: oto farba!

ps. Marcin pomógł mi wyszlifować blat pomocnika z Ikea, ja naniosłam tylko bezbarwny wosk i tak ten kącik nieco się rozjaśnił. 
To nie koniec zmian w jadalni, idzie to niestety topornie, ale za jakiś czas przedstawię efekty :)
Trzymajcie się ciepło, bo pogoda nas nie będzie rozpieszczać, ale ta biel... :)






środa, 30 sierpnia 2017

to już wrzesień?!

Urlop powoli dobiega końca. Najpierw na 5 dni pojechaliśmy w góry, do doliny Kościeliskiej. 
Z małymi dziećmi i nie do końca udaną pogodą bywało różnie, ale góry jak to góry, potrafią wynagrodzić każdy trud :) W tym tygodniu już nie spoczywamy na laurach, porządkujemy, upiększamy jednym słowem - działamy w domu i ogrodzie. Zaległości jest sporo i ciągle są miejsca takie "jak na budowie" jeśli wiecie o co mi chodzi :)
Dziś więc do porannej kawy (jeśli macie tak jak my) dosypcie sobie o pół łyżeczki cukru więcej, nalejcie więcej śmietanki, zamieszajcie najpiękniejszą łyżeczką jaką macie i ruszajcie do boju :) 
Nie ma na co czekać, coś mi się zdaje, że jesień tuż za rogiem!

Pozdrawiam Was ciepło!
Ola



poniedziałek, 14 sierpnia 2017

zjedzone borówki i ptaszki ze Stryszawy

Lubię kiedy ogród to nie tylko trawnik z choinkami po bokach, ale coś więcej, i to nie tylko dla oka, ale też żołądka. W naszym, jest wszystkiego po trochu, taki melanż owoców, jagód i warzyw.
Nic nie daje takiej satysfakcji jak zbieranie własnych malin, porzeczek, truskawek, poziomek, aronii, rokitnika, borówek, jagód kamczackich. Wszystkie mamy w naszym ogrodzie. Lubimy też nasze warzywa i tak co roku już są ogórki, papryki, pomidory, dynie, jarmuż, kalarepy, a ostatnio szczaw, rabarbar i brukiew. Mieliśmy nawet ziemniaki - było ich mało (hodowane w donicach, przysypywane) ale za to jakie były pyszne. 
Czy to się opłaca? Pewnie nie bardzo, ale kiedy widzę mojego trzylatka zajadającego "z krzaka", wyszukującego z wypiekami na twarzy kolejnej dojrzałej poziomki czy borówki, czy ze szczypiorkiem w buzi myślę, że nawet takie mini uprawy są warte każdej złotówki o ile ma się ogród.
Ten rok były wyjątkowo udany i jeszcze się nie skończył :) Dynie dojrzewają, jarmuż coraz prężniejszy, tylko te borówki... Co roku zbieraliśmy ich kilogramy, w tym, dopadła nas plaga szpaków, które nie dają się odpędzić. Nawet sztuczne kruki (inwestycja życia ;)) nie pomogły. Zebrałam tylko dwa kilogramy, co jest marnym wynikiem. Ptaki niczego się nie boją, przylatują nawet kiedy jesteśmy w pobliżu. Cóż, za rok trzeba będzie pomyśleć o osłonach.

A w temacie ptaków, pojawiły się już jakiś czas temu, ale chyba o nich nie pisałam. To ptaszki stryszawskie, taka cepelia, ale wiecie, z wiekiem staję się jeszcze bardziej sentymentalna :) Są ozdobą naszego wianka nad kozą, prawda, że coś w sobie mają? Mamy ich cztery sztuki, bo to taka alegoria naszej gromadki. Nie skandynawskie, nie trendy, a jednak do nas pasują :)
Pozdrawiam jeszcze letnio!




wtorek, 25 lipca 2017

pewnie wiecie jak to jest...

Najpierw budowa, potem wykończeniówka, potem urządzanie. Nie każdy wszystko musi robić sam, czasem coś za nas robią ekipy (po których często zostają poszarpane nerwy ;)), ale prawie zawsze jest tak, że coś pozostaje nieskończone w momencie przeprowadzki do wymarzonego i wyczekiwanego lokum. Nie inaczej było u nas, przy czym jak wiecie wykończenie i urządzanie zrobiliśmy sami (i co ważne do zaznaczenia - zanim pojawiły się dzieci).
Jakoś tak się stało, że ostatnio przechadzając się po domu, wynotowałam sobie w głowie wszystkie zaległe "niedoróbki" i wyszło tego całkiem sporo :)
Na codzień ich nie dostrzegamy, ale spoglądając krytycznym okiem muszę stwierdzić, że może do końca roku się z nimi uporamy :) A oto przykład. Moja wymarzona garderoba, której drzwi do niedawna były tylko "zaczęte" a nie pomalowane, co właśnie się zmienia, a jak zmieni, to może pokażę Wam co nieco więcej środka. 
...A jak będą zainteresowani, to może nawet napiszę o moim podejściu do kupowania ubrań i zaletach pinteresta ;)

Pozdrawiam Was ciepło! Miłych wakacji, gdziekolwiek jesteście :)





wtorek, 18 lipca 2017

Jeszcze skończy się na tym, że będzie tylko o kosmetykach ;)

Tytuł jest oczywiście żartem, lubię kosmetyki jak każda chyba kobieta, ale bez przesady. Nie jestem jedną z tych, które potrafią wydać 1/4 wypłaty na krem, choć zdarza mi się zainwestować w coś z nieco wyższej półki. Jednak dziś nie o tym.
Dziś taka mała przestroga dla innych, bo ja, naiwna, dałam się trochę złapać.
Jak wiecie sporo jest kosmetykowych blogów, vlogów dziewczyn, które recenzują, zachęcają lub odradzają produkty czy to makijażowe, czy pielęgnacyjne. Kiedy byłam w ciąży z Kosmą, dałam się wkręcić na chwilę w ten świat i jako oglądacz, śledziłam nowinki, zachwycałam się filmikami na YT, w końcu postanowiłam „zacząć o siebie dbać” i „pozwalać sobie na odrobinę luksusu” bo „byłam tego warta”. 
Ale czy kosmetyki były warte swojej ceny? I tu właśnie przechodzimy do meritum. Nie dajcie się zwieść pięknym kadrom, zachwytom i opiniom, niestety nie zawsze szczerym.
Większość produktów które zachwalają blogerki, youtuberki to produkty wysyłane im w ramach współpracy przez koncerny. Dostają je za darmo i… mają zachwalać. Wiem teraz, ale kilka lat temu nie wiedziałam… Wiecie, że jestem raczej oszczędna, nie lubię marnotrawić, ale i mnie poniosło. Kupiłam kilka rzeczy (np. bronzer czy paletę cieni), które z dzisiejszej perspektywy uważam za drogi zbytek, a po latach wiem, że z powodzeniem można podobną jakość spotkać w niższej cenie.
Na szczęście z biegiem czasu zgromadziłam całkiem solidną bazę produktów, które są w miarę tanie, za to szyte na moje potrzeby w 99% i z tego się cieszę. Sporo czasu mi to zajęło, to fakt, ale cieszy mnie to, że sama do tego doszłam (metodą prób i błędów) i dziś filmy czy posty, traktuję z przymrużeniem oka, czego i Wam ośmielam się życzyć :)

Tym krótkim postem żegnam się dziś z Wami i życzę pięknego dnia!

PS. A jeśli będziecie chciały poznać moją w bazę kosmetyczno-pielęgnacyjną która mnie nie zawiodła – dajcie znać w komentarzach.




czwartek, 13 lipca 2017

tarasowy

Nie wierzę, znowu piszę posta! Tym razem świeże, jeszcze gorące zdjęcia i kilka szybkich zdań póki Iwek śpi :)
Taras! Robimy taras! Stare deski (pięcioletnie, drewniane i niestety jak się okazało bardzo kiepskie) wymieniliśmy na konglomerat w kolorze grafitowym. Dechy są drogie, ale myślę, że będą sprawowały się lepiej niż modrzewiowe. Niestety odpuściłam z drewnem, ilość wbitych w stopy drzazg, zaciągniętych skarpetek i rajstop mnie dobiła. 
Taras wymieniamy i kończymy zarazem, a tutaj mała zajawka tego co już jest. 
Miłego wieczoru!

ps. Widać trochę kolor ścian, z którego jestem bardzo zadowolona, a poza tym, polecam poziomki do uprawy w pojemnikach :) Wysiewa się w lutym/marcu a w lipcu można cieszyć się owocami :)




wtorek, 11 lipca 2017

wałek rocznicowy

Wychodzi na to, że chyba się rozkręcam i jeszcze będziecie mieli/miały mnie dość :)
Oto kolejny post, znowu o pieczeniu :)

Tak się składa, że w tym roku mieliśmy z Marcinem dziesiątą rocznicę ślubu. Dostałam oczywiście prezent, ale nie byle jaki, bo okazał się nim drewniany wałek! Nie wiem, może ten prezent ma jakieś ukryte dno, w sumie nie zastanawiałam się nad tym, ale o takim marzyłam od dawna. Jest drogi, bo kosztuje w sprzedaży ok 120 zł, Marcin kupił go jednak okazyjnie (z tego co widziałam za 70zł) w jednym z tzw. klubów zakupowych (ale reklamy robić nie będę :). 
Powiem Wam szczerze, jest to gadżet bez którego można się obejść, ale odkąd piekę z nim, moje ciasteczka są takie idealne! Nie wiem jak Wy, ale ja jestem jedną z tych osób, co po milimetrze przesuwają wazonik na komodzie, żeby był we właściwym miejscu, a w zeszycie w kratkę obrysowują kwadraciki kiedy się nudzą (tak, to może już choroba psychiczna, nie wiem). 
Tak już mam, kocham ustawiać i równo wałkować, a ten wałek mi to umożliwia! 

Zasada działania jest banalna i przyznam, że miałam nawet podejście do zrobienia czegoś podobnego, ale się poddałam z braku czasu. Dostępnych jest kilka grubości wałkowania, tj. 2,4,6,i 10 mm, w zależności od tego co robimy (makaron, ciasteczka, ciasto francuskie etc.). Żeby zmienić grubość po prostu odkręca się plastikową śrubkę z nakrętkami, i przekłada kółka.

A oto i on w pełnej krasie! Prawda, że piękny? Nawet kolorki mi pasują :)
Właśnie piekę z nim ciasteczka serowe (dajcie znać, jeśli chcecie przepis, jest banalny) i dlatego postanowiłam się z Wami nim podzielić.

Miłego dnia!

ps. w dziale "wystawka" pojawiło się kilka nowych rzeczy; zaglądajcie jeśli macie ochotę. 
Zmieniłam też szablon bloga, mam mieszane uczucia i aktualnie brak czasu żeby to odkręcić :) Póki co może tak zostanie, podoba się Wam?








niedziela, 9 lipca 2017

gdzie jest ciasto?

Ciągle jeszcze zastanawiam się nad dalszym losem tego bloga, choć po pięciu komentarzach (za które bardzo dziękuję bo niesamowicie mnie dowartościowały) skłaniam się raczej ku temu, żeby jednak nie przestawać pisać.
Kto wie, może mogłoby to być coś na kształt pamiętnika naszej rodziny, dla przyszłych pokoleń? ;) [pamiętacie jeszcze coś takiego jak pamiętniki? Ja zapisałam od 1991 roku chyba szesnaście zeszytów, to były czasy!].
Przygotowuję jeszcze post na temat elewacji, bo (hurra) jakieś cztery tygodnie temu, została w końcu pomalowana, co mnie niezmiernie cieszy, bo wreszcie zrobimy taras! Mam już kilka zdjęć, ale chyba pójdą do poprawki, o tym jednak za jakiś czas.
Dziś, żeby nie być gołosłowną, podam Wam super szybki i prosty przepis na ciasto, które jest przepyszne i pochodzi z książki o której pisałam wcześniej. Ciasto jest bardzo maślane, zrobiłam je już chyba z dziesięć razy, za każdym wychodzi idealne. Zaryzykuję, że upiecze je rozgarnięty trzylatek, z niewielką pomocą mamy :)

A co nam do niego potrzeba?

300 g mąki
250 g brązowego cukru (daję zwykły)
80 g rozpuszczonego masła
(przestudzonego)
4 duże jajka
skórka otarta z 1 cytryny (pomijam)
1 łyżeczka proszku do pieczenia
garść lub dwie owoców 
(malin, jagód, porzeczek, śliwek itd.)


Jajka ucieram z cukrem (tak ok 5-7 minut, na najwyższych obrotach miksera), potem dodaję ostudzone masło, mąkę z proszkiem, delikatnie mieszam, wykładam na formę o średnicy 26 cm, posypuję owocami, i gotowe! Tak, prościej się chyba nie da :) Piekę ok godziny, w temperaturze 170 stopni (do suchego patyczka). Zróbcie to ciasto, jeśli nigdy nie piekłyście a gwarantuję, że Was zachwyci prostotą wykonania i smaku na najwyższym, maślanym poziomie :)

ps. ciasto ma jedną, jedyną wadę... znika za szybko :)
pozdrowienia!!!














czwartek, 29 czerwca 2017

co dalej z blogiem oraz fajna książka o gotowaniu :)

Już dosyć długi czas zastanawiam się, czy moje blogowanie ma jeszcze sens. W sieci pojawiło się tyle miejsc, tyle stron profesjonalnie prowadzonych, skupionych na zarabianie (co oczywiście rozumiem), czasem jak dla mnie jednak zbyt mocno komercyjnych (z lokowaniem produktów bardziej lub mniej drażniącym), że powoli zaczynam nie widzieć tu dla siebie miejsca :) Bo ani to moje pisanie nie jest profesjonalne, ani zdjęcia nie mają nie wiadomo jakiej jakości, a teraz przy dwójce dzieci, nawet samo znalezienie czasu na posta graniczy z cudem, przez co blog zwyczajnie umiera.
Z jednej strony tak pewnie musiało być, z drugiej nie mam już pomysłów na to, co jeszcze pokazać, ostatnio mało kupuję, prawie już nie urządzam, nie wiem też, czy zwyczajnie sobie tego mojego pisania jeszcze życzycie :) Muszę się porządnie nad tym zastanowić i albo zamknąć bloga, albo zacząć pisać o bieżących sprawach, gotowanie i kosmetyki włączając;)

Tyle marudzenia, a dziś przychodzę z pierwszą mini recenzją książki którą mam już ponad pół roku i szczerze mogę polecić. Wybrał mi ją na prezent mój trzyletni syn, będąc z tatą Marcinem w sklepie. Totalny przypadek i zgoda taty spowodowały przypadkiem, że książkę tę obecnie wykorzystuję najbardziej i jestem z niej szczerze zadowolona, a jest nią "Razem w kuchni" Zosi Cudny.
Autorka prowadzi bloga kulinarnego, a tu dzieli się z prostymi i szybkimi przepisami do których można zaangażować małe dzieci, co mnie cieszy najbardziej, bo od zawsze staram się to robić.
Jest podzielona na kilka rozdziałów, dość gruba, w twardej okładce (a my lubimy takie), czytelna i posiada obłędne zdjęcia. Szczerze polecam, najczęściej przygotowując z niej słodkie wypieki razem z starszym synem.

Tym szybkim wpisem życzę Wam miłego dnia, zastanawiając się co dalej z "nami" będzie :) Dajcie znać, co myślicie o ile ktoś tutaj jeszcze zagląda :)





Popularne posty